Skazana na śmierć – recenzja filmu „Szatan kazał tańczyć” (2017)

Dotychczas Katarzyna Rosłaniec była dla mnie reżyserką, która lubi kontrowersje, ale niekoniecznie stara się cokolwiek z tych kontrowersji wyciągnąć. Nie chcę, ale muszę w tym miejscu przypomnieć jej poprzedni Bejbi Blues, który był wybitnym przykładem filmu niby ładnego, ale nadzwyczaj pustego. Odwrotnie było natomiast z Galeriankami, które drażniły realizacją, ciągnąc za sobą widza konkretnym problemem. Szatan kazał tańczyć to hybryda dwóch poprzednich filmów Rosłaniec.

Reżyserka na szczęście nie stworzyła filmowej hybrydy z elementów, które w poprzednich filmach wydawały się najgorsze. Szatan kazał tańczyć to porządnie odrobiona praca domowa, która prezentuje wnioski z poprzednich projektów Rosłaniec. Nie muszę dodawać, że tym samym reżyserka stworzyła swój najlepszy dotychczasowy film, potrafiący zachwycić zarówno formą, jak i tematem. Szatan kazał tańczyć to kilkadziesiąt przypadkowych scen, które każdy mógłby ułożyć inaczej i ponownie powstałaby z nich smutna historia młodej kobiety. Karolinie żyje się przecież całkiem nieźle. Wydała książkę, która stała się światowym bestsellerem. Nie brakuje jej czasu na dobre imprezy, a z nudą towarzyszącą szaremu człowiekowi, raczej nie ma na co dzień do czynienia. Nigdy nie poznała ona uczucia spełnienia i wiążącego się z nim szczęścia. Jego braki próbuje zaspokoić hedonistycznymi zabawami i próbami tworzenia kolejnej książki, skazanej zresztą na sukces. Ten momentami bezczelny i wulgarny obraz niespełnienia, pomimo momentami irytującego poczucia prostactwa, ma w sobie coś, co porusza i wpędza w dziwne przygnębienie. Bo, z jednej strony, jako widzowie zdajemy sobie sprawę z tej całej nadmuchanej otoczki, a z drugiej – jesteśmy porażeni świadomymi wyborami głównej bohaterki, która nie stosuje żadnych hamulców i nie uznaje nawet krótkich przystanków. Jej życie to niebezpieczny pęd i to szybkie życie doskonale w filmie Rosłaniec czuć. I tym być może Rosłaniec w swoim filmie zwycięża. W jej najnowszym projekcie życie po prostu jest.

W Szatan kazał tańczyć jest kilka scen, które sprawiają, że najnowszy film Katarzyny Rosłaniec staje się filmem poniekąd wyjątkowym. Patrząc na jego odbiór, czyli ponowny podział widzów z przewagą dla tych, którzy Rosłaniec krytykują, powinienem raczej na takie osądy uważać, ale jestem ich jednocześnie bardzo świadomy. Wystarczy wspomnieć o zaskakującej scenie z balonem czy tej na cmentarzu, która wydaje się w filmie Rosłaniec najbardziej emocjonująca i w zasadzie kluczowa. Dużo lepiej niż w Bejbi Blues ogląda się również Magdalenę Berus, o której ostatnio coraz głośniej i choć wciąż wyczuwam wobec jej kreacji aktorskich pewien dystans, to nie da się ukryć, że w Szatanie jest po prostu lepsza. Dużo konkretniejsza, a irytacja, dominująca w jej poprzednim występie u Rosłaniec, przeszła w mniejszy lub większy podziw nad aktorką, która zaczyna się nią dopiero stawać. Znakomici na drugim planie są Łukasz Simlat oraz Marta Nieradkiewicz – on niepoprawnie zakochany i pragnący głównej bohaterki, ona… No właśnie, kim jest ona? Jagoda, w którą bezbłędnie wciela się Nieradkiewicz, wzbudza skrajne emocje, a Rosłaniec niekiedy w jej przypadku daje intrygujące sygnały, przez które wciąż o Manii myślę. I również o tym jej szatanie, który kazał tańczyć.

I tańczyłem. Przyznaję się do tego. Zatopiłem się w kolorach tego filmu i kontrastujących z nimi smutku oraz bezsensie życia Karoliny. Szatan kazał tańczyć jest bezczelnym i bardzo barwnym filmowym transem, z którego wylewa się wyzywająca erotyczność. Podaję rękę na zgodę Katarzynie Rosłaniec i choć wciąż jej nie lubię, bo takich tworów jak Bejbi Blues szybko się nie wybacza, to czekam na kolejny film.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *