Zabawa w przemoc – recenzja filmu „Plac zabaw” (2016)

Debiut. Premiera na festiwalu w San Sebastian. Duże oczekiwania. Dzieci. Problemy. Aktualny temat. Film zawiera drastyczne sceny. Zaintrygowanie przed seansem. Ciekawość. I ostatecznie jedno wielkie nic.

Plac zabaw to historia trójki nastolatków kończących szóstą klasę podstawówki. Szymek trzyma z Czarkiem. Obaj świetnie się dogadują. Łączą ich papierosy, wspólne żarty i opryskliwe odzywki. Od jakiegoś czasu w Szymku podkochuje się Gabrysia – klasowa szara myszka, która pochodzi z porządnej rodziny. Dziewczynka tuż po akademii kończącej rok, z pomocą jednej ze szkolnych podrywaczek, postanawia umówić się z chłopakiem. Do spotkania dochodzi, ale nie dochodzi do tego, czego spodziewała się mała – ale zdecydowanie wielka w zamiarach – Gabrysia. Wydaje się, że wszystko w tej historii gra. Do tego momentu zachowania postaci kreują Plac zabaw na niezbyt świeży, ale jak najbardziej całkiem trafny obraz dzieci wkraczających w nastoletnie życie (aż chciałoby się powiedzieć stereotypowo – życie gimnazjalne). Dzieci bardzo współczesnych, uświadomionych i bardzo dorosłych we własnym mniemaniu. Później dzieje się jednak coś niedobrego. Okropnego. Oderwanego. Tak bardzo niesmacznego.

Później dzieje się po prostu coś, co wydarzyć się w tym filmie nie powinno. Zaczyna się od nagłego zwrotu akcji i oderwania się od tego, co w Placu Zabaw zobaczyliśmy wcześniej. Później błądzimy wzrokiem za plątającymi się bez celu postaciami (co poniekąd pokazuje bezcelowość życia szóstoklasistów, ale ja w szóstej klasie jakichś wybitnych celów też nie miałem, pomijając marzenia oczywiście), by ostatecznie dojść do punktu końcowego, który odejmuje mowę i nie jest to reakcja w jakimkolwiek stopniu związana z zachwytem. Problemem debiutu Kowalskiego jest przede wszystkim niesmaczne przerysowanie połączone z drastycznością, która niby robi wrażenie, ale ostatecznie wydaje się niepotrzebna. Przekreśla cały film. Wszystko co zobaczyliśmy wcześniej.

Plac zabaw miał zapewne powiedzieć coś nowego. Zrobić na odbiorcy wrażenie i na zawsze pozostać mu w głowie, ale ten film pozostaje w głowie tylko i wyłącznie ze względu na drastyczność sceny, a nie samą tematykę. Pokazanie czegoś nowego nie równa się jednocześnie przerysowaniu i uwypukleniu tego, co już wiemy. Uderzenie w najczulsze struny odbiorcy to niesmaczne przekombinowanie, ale i bazowanie na kontrowersji, która poraża, ale pozostanie tylko i wyłącznie kontrowersją. Kowalski po wcześniej wspomnianej bardzo dobrej pierwszej części filmu, kieruje się w wydarzenia, w których nieznane są nie tylko motywacje samych bohaterów, co przede wszystkim nie jest czytelny zamysł samego reżysera. Całość sprawia wrażenie usilnego połączenia dwóch historii, które łączy jedynie dwójka chłopców i nic więcej. W skrócie – są emocje i ostatecznie wielkie uderzenie, które pozostaje tylko uderzeniem. I trzaskaniem foteli osób wychodzących z sali.

Nie wręczę temu filmowi najniższej noty tylko i wyłącznie dlatego, że Plac zabaw jak najbardziej trafia w sedno poruszanego problemu. Zastanawiam się jednak, czy to trafienie pobudzi ludzi do jakiejkolwiek dyskusji, czy raczej zniechęci usilnym budowaniem filmu na kontrowersji. Bo mnie na przykład zniechęciło. Bardzo.

 

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *