Świat inności i szaleństwa – recenzja filmu „Osobliwy dom Pani Peregrine” (2016)

Zwiastun mówi, że to dzieło wizjonera Tima Burtona. Wizjonera, który – warto zauważyć – ostatnio miał się raz lepiej a raz trochę gorzej. Osobliwy dom Pani Peregrine to Tim Burton jakiego da i przede wszystkim chce się lubić.

W filmie poznajemy młodego nastolatka, któremu w tajemniczych okolicznościach umiera dziadek. W ostatnich sekundach życia prosi go, by ten pojechał na pewną walijską wyspę i spotkał się z niejaką Panią Peregrine, u której spędził wiele lat swojego życia. Zwykła podróż na wyspę okaże się niezwykłą przygodą z jeszcze bardziej niezwykłymi bohaterami. Osobliwy dom Pani Pergerine to w zasadzie film, jakiego po Burtonie mogliśmy się spodziewać. Film zapierający dech piękną scenerią i pewnym szaleństwem, do którego już przyzwyczaił nas reżyser w swoich poprzednich filmach (z małymi wyjątkami oczywiście). Burton wrzuca nas do świata, w którym szaleństwo i inność są rzeczami zupełnie normalnymi. To miejsce piękne i bardzo fascynujące, a nawet w obliczu pewnego mroku, który towarzyszy tej historii, to wciąż film niezwykle barwny i bardzo przyjemny.

Przyjemnością wydaje się również bardzo trafiony humor, nierzadko ocierający się o ten czarny i bardzo ironiczny, w którym najpierw pojawia się chwila ciszy, a dopiero później bardzo szczery uśmiech. Przyjemni są też bohaterowie, spośród których każdy jest bardzo charakterystyczną jednostką i równie dobrze każdy z nich mógł otrzymać dużo więcej miejsca w tej dwugodzinnej historii. Są przeurocze i bardzo tajemnicze bliźniaki. Jest niewidzialny chłopiec, który często spaceruje nago, żeby być niezauważalnym. Są też urocze dziewczynki – jedna z nich ma z tyłu głowy głodnego potwora, a druga dałaby zapewne radę Pudzianowi. I jest też bardzo nienachalny wątek balansujący po cienkiej granicy między przyjaźnią a miłością, który wprowadza do całej historii nutę niejednoznaczności, niejasności i trochę skrytej emocjonalności.

Osobliwy dom Pani Peregrine to przede wszystkim bardzo ładny film z jeszcze ładniejszą (i aktorsko znakomitą!) Evą Green w roli głównej, która – podobnie jak w przypadku Mrocznych cieni – dodaje Burtonowi nutę pazura. To dobry film. Dużo lepszy od poprzedniego filmowego wyczynu Burtona, któremu brakowało wyrazistości. Tutaj znajdziemy jej aż nadto.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *